Co śmieszy i cieszy w nauce języków obcych

O nauce języków obcych napisano już całe tomy, a jednak ucząc się stale i używając ich w codziennym życiu ciągle odkrywamy różne nowe, ciekawe dziwactwa i śmiesznostki. Oto co mi w tym temacie chodzi od pewnego czasu po głowie:

1. Czy to w szkole czy na kursie językowym, jedną z pierwszych rzeczy, których uczymy się w obcym język są liczebniki. A jednak wydaje mi się, że liczenie w obcym języku nie przychodzi nam naturalnie. Mimo, że już od dawna jestem w Niemczech i wszystko wokół mnie dzieje się po niemiecku (nawet śnię w tym języku), to jak przychodzi coś policzyć, to mruczę pod nosem po polsku. Rozmawiałam o tym zjawisku z międzynarodowymi znajomymi, mieszkającymi poza granicami swoich ojczyzn i wszyscy potwierdzają, że tak jest i w ich przypadku.

2. Jedną z pierwszych rzeczy, które naturalnie nam się wymykają w obcym języku są za to przekleństwa. Gdy byłam w Niemczech po raz pierwszy na rocznej wymianie szkolnej i śniłam jeszcze po polsku, zdarzało mi się już wplatać spontaniczne niemieckie sch… w polski tok myślenia lub mówienia. Podobnie było we Włoszech (gdzie początkowo włoskiego nie znałam prawie w ogóle), ale tam miało to pewnie swoje główne źródło w fakcie, że Włosi bardzo chętnie i często używają przekleństw.

3. Żyjąc dwujęzycznie (a żaden z języków, których używam na co dzień nie jest moim językiem ojczystym), zauważyłam, że zdarza mi się niechcący wmieszać jedno niemieckie słowo w rozmowę po angielsku, lub angielski wyraz do konwersacji niemieckiej. Co więcej, dzieje się to nie tylko niechcący, ale jakby całkiem „poza mną”, nie bardzo mam nad tym kontrolę. Tak jakby to mój mózg sam mną sterował i mówił: hmm, ok, szybciej znalazłem lepsze słowo do określenia danego przedmiotu lub pojęcia w tym języku, więc go użyjesz, mimo, że konwersacja toczy się obecnie w tym drugim języku. Nie muszę chyba wspominać, że jest to czasem bardzo niezręczne 🙂

[English]

You might also like: