Pierwsze koty za płoty

Pamiętacie jeszcze, jak w pierwszej części mojej opowieści o przygodach ze zwierzakami pisałam, jak bardzo zawsze marzyłam o psie, jak błagałam moich rodziców, by zgodzili się w końcu kupić mi futrzanego pupila i jak w końcu dostałam swojego upragnionego psiaka? Nic z tych rzeczy nie miało miejsca w przypadku kotów, które ostatnio ze mną zamieszkały.

Pytacie się więc może, jak to się stało, że kocury do mnie trafiły? Cóż, początkowo traktowałam je po prostu jak zło konieczne. Mój były współlokator wyprowadzał się do innego miasta na studia i potrzebowałam jego następcy. Czułam, że jestem już za stara na mieszkanie z zupełnie obcą osobą, choć i takiej możliwości nie mogłam całkowicie odrzucić. A że mieszkanko swoje lubię, wizja wyprowadzki też nie bardzo mi się podobała. Rozpoczęłam więc poszukiwania wśród przyjaciół i znajomych.

I tak nasunął mi się mój obecny współlokator. Był zainteresowany, skłonny porzucić swoje dawne mieszkanie, znam go już dobre parę lat, więc wiedziałam, że raczej będziemy się bez problemów dogadywać i powiedział, że lubi odkurzać. Czegóż chcieć więcej! Wszystko zdawało się idealne. Zbyt dobre, by mogło być prawdziwe. Mój przyszły współlokator występował bowiem w nierozerwalnym pakiecie z dwoma kotami wielkości potworów.

Musiałam się z tym pomysłem przespać. Jak ja, zdeklarowana miłośniczka psów, dam radę przeżyć pod jednym dachem z dwoma wielkimi kotami? Desperacja jednak robi swoje. Data wyprowadzki mojego „starego” współlokatora zbliżała się nieubłaganie, więc zgodziłam się na nowego towarzysza i jego dwa koty. Tak oto wylądowałam w jednym mieszkaniu z kotami.

Kupiłam, że tak powiem, kota w worku. Okazało się, że jeden z kocurów (tłuścioch o imieniu Ernie) to kocie wcielenie psa: łagodny, mięciutki i zupełnie nie wie, po co ma pazury i zęby. Niestety ten drugi (tygrysopodobna bestia zwana Bert) to typowy kot: przebiegły i zdradziecki. Przyłazi taki do mnie na kolana i każe się głaskać, a gdy mu się znudzi, to zamiast po prostu sobie pójść, musi przedtem ugryźć mnie w łokieć albo (co gorsza) podrapać w rękę. Nie muszę więc chyba wspominać, że żyjemy jak pies z kotem, co jest dobrym wprowadzeniem do językowej części dzisiejszej opowieści. Język polski jest dość bogaty w „kocie zwroty”:

[English]

You might also like: